Musi być granica ilości pracy, bo to jest absolutnie niemożliwe, żeby człowiek pracował 96 godzin ciurkiem i po prostu to przeżył. Przy takiej deprywacji snu to jest praktycznie zgon.
Mieliśmy sytuację z senatorem Lenzem, dzisiaj też jest kolejny artykuł dotyczący Szpitala Południowego i tego, w jaki sposób politycy Koalicji Obywatelskiej z niego korzystają na takich – powiedzmy – preferencyjnych zasadach. Ja się obawiam, że ta historia to nowa historia o ośmiorniczkach, że ona będzie bardzo mocno rezonować. Oburzenie społeczne jest naprawdę duże.
Zresztą musimy porozmawiać o systemie opodatkowania tych zarobków, bo lekarze płacą 14%, pracując na kontraktach, podczas gdy przeciętny pacjent, pracujący na etacie, płaci albo 12%, albo od razu wpada w stawkę 32%.
Z jednej strony słyszymy, że lekarzy jest za mało i dlatego tak ofiarnie muszą po te kilkadziesiąt godzin pracować, bo ich brakuje, a z drugiej te limity są blokowane. Limity ustanawia Ministerstwo Zdrowia, ale jest tam bardzo silna presja, żeby nie powiedzieć lobbing, środowiska lekarskiego, żeby na niektóre specjalizacje nie tworzyć bardzo dużych limitów po to, żeby ograniczyć dostęp do tego zawodu. To jest tak naprawdę kartelizacja zawodu lekarza. Lekarze, którzy są w stanie szantażować całe szpitale w Polsce, nawet nie pojedynczo, tylko tworzą grupy negocjacyjne co do swoich zarobków – „nie dacie nam podwyżki, to my odchodzimy”. Dwadzieścia osób, cały zespół odchodzi, radźcie sobie sami. I tak kolędują po wszystkich szpitalach okolicznych, bo to często jest w ramach województwa, a nawet kilku.
Pieniądze są potrzebne na to, na czym oszczędza obecna minister zdrowia, czyli na badania profilaktyczne. Z jednej strony wydajemy miliony złotych na wynagrodzenia lekarzy, z drugiej strony – brakuje tych środków i oszczędzamy na badaniach dla zwykłych ludzi.